Z politycznego podwórka

O goliźnie i cudownym rozmnażaniu ziemi

Aktualne kierownictwo stołecznego samorządu z merem Navickasem, co się nazywa, „prieš aky” wpadło na kolejny „genialny” pomysł oddłużenia znajdującego się na granicy niewypłacalności magistratu. Po tym, gdy „przednia” myśl mera sprzedania siedziby bankrutującej instytucji nawet dla jego popleczników wydała się zbyt ekstrawagancką, „wielikij kombinator” bis (godny następca Zuokasa) szybko wpadł na kolejną...

Nie był w tym specjalnie oryginalny. Postanowił dobrać się do resztek ziemi w stolicy, których nie zdążył sprzedać Zuokas, i sprawę załatwić w sposób radykalny: upłynnić wszystko, co się da. Działeczki po 6 arów mają pójść spod młotka nawet bez planów detalicznych (czyli, jak to w Wilnie stało się już normalką, z demonstracyjnym naruszeniem prawa). W odróżnieniu od swego mentora Navickas nawet w aukcje, przynajmniej jeżeli chodzi o parcele na Zwierzyńcu, nie zamierza się bawić. Opędzlować jak najszybciej i jak najwięcej, to jest jedyny cel przyświecający konserwatyście na stołku mera. Już błyszczą mu pewnie w oczach te 300 mln litów, które zamierza „trzasnąć” na totalnym wysprzedaniu wszystkiego, co jeszcze jest ziemią w stolicy. Media podają, że nagle w sposób zupełnie cudowny na terenie Wilna odnalazło się aż 200 hektarów wolnej ziemi.

Warto przypomnieć, że gdy na przeciągu ostatnich lat władze wileńskiego samorządu (wtedy jeszcze na czele z Zuokasem) były indagowane na temat wolnej ziemi, którą można by zwrócić byłym właścicielom, to mowy nie było o tylu hektarach. Przymuszony decyzją sądu wileński magistrat, jak sobie dobrze przypominam, znalazł wówczas 800 ha. Więc tych dodatkowych 200 ha nie da się inaczej nazwać jak cudem rozmnażania ziemi.

Przecież tych 200 hektarów wystarczyłoby dla części pretendentów, od bez mała 20 lat oczekujących na dziejową sprawiedliwość. Na cudem odnalezionych hektarach można części pretendentów, a jest ich ogółem ok. 6 tysięcy, zaprojektować działki do 20 arów jako rekompensatę za ziemię utraconą w naturze. A jak mer Navickas zechce, to sprawę da się załatwić nawet z pominięciem planów detalicznych. Czy jednak możemy spodziewać się po konserwatystach i spółce drugiego cudu – wykonywania ustaw. Wolne żarty. Cud z odnalezieniem się ziemi stał się bynajmniej nie po to, by ją zwrócić prawowitym właścicielom, jak to przewiduje prawo. Odkrycie było potrzebne po to, by podreperowć pustą samorządową kabzę i, być może, pomóc obłowić się stołeczną ziemią „saviškiams”.

Słowo prawo, jak powszechnie wiadomo, niewiele znaczy dla sprawujących od lat w Wilnie władzę hersztów. Ich cynizm w sprawie prawnych oczekiwań byłych właścicieli sięga wręcz Himalajów. Pamiętamy przecież, jak kiedyś Zuokas mówił, że nie on odbierał ludziom ziemię, nie zamierza więc jej też zwracać. Dzisiaj Navickas chce na ludzkiej krzywdzie zarobić 300 milionów. Prawowitym właścicielom wciśnie się zamiast ziemi nic nie warte akcje. Ale o to mera głowa nie boli. Nie wzruszy go na pewno też fakt, że taka rekompensata będzie oznaczała tyle, co „koniu poziomka”.

Liczyć na opamiętanie się w tej sprawie konserwatywno-liberalnej władzy w stolicy byłoby szczytem naiwności. Pytanie więc wypada zadać premierowi Kubiliusowi, czy to jest akurat ten nadzwyczajny plan, jeżeli chodzi o zwrot ziemi w Wilnie, o którym mówił szef rządu podczas spotkania z przedstawicielami społeczności polskiej niedługo po objęciu przez niego urzędu premiera?

Tadeusz Andrzejewski


PS Jeżeli chodzi o Navickasa, to czy możemy spodziewać się czegoś więcej po merze, który w miejscu publicznym, jak ostatnio ujawniły media, prezentuje się w stroju panienek z baru go-go z napisami na goliźnie, których zwykli używać dotknięci degeneracją uczestnicy berlińskich parad „miłości”?

<<<Wstecz