Życiorys człowieka z historią Ziemi Wileńskiej w tle
„Polskie uczenie”
Jest jednym spośród nas. Jest człowiekiem, którego droga życiowa znaczona jest przeżyciami, troskami, smutkami i radościami, składającymi się na skomplikowane losy ludzi Ziemi Wileńskiej. Mam na myśli Antoniego Jankowskiego, pedagoga i prawdziwego patrioty Wileńszczyzny.
Od czasów przedwojennych, kiedy był dzieckiem, do dziś. Ten czas mieści w sobie okres spokoju niebogatego domu rodzinnego, trudny okres wojny, trzykrotnie zmieniające się władze okupacyjne, to też czas przemian, które dyktowały i dyktują lata niepodległości Litwy. Jakie miejsce w tych przemianach przypadło jednemu z nas? Człowiekowi, którego zna cała Wileńszczyzna, który był i jest autorytetem w życiu nie tylko szkolnictwa polskiego, ale i całej społeczności polskiej na Litwie.
Nastał czas, kiedy Antoni Jankowski, dziś emeryt, a w życiorysie zawodowym i społecznym obdarzony najwyższymi honorami Nauczyciela, Polaka zechciał się „wyspowiadać”. Dla swych kolegów szkolnych i ze studiów, dla tych, z którymi podzielił los nauczyciela szkoły polskiej na Wileńszczyźnie, dla tych, kim miał zaszczyt kierować. Dla swych dzieci i wnuków, dla młodego pokolenia, które nie zawsze wie, jak się żyło tym, którzy są „z tamtej epoki”.
Właśnie nie tak dawno światło dzienne ujrzała książka pt. „Polskie uczenie”, w której pan Antoni wystąpił w roli narratora. Jego wspomnienia, opracowane przez Jana Sienkiewicza, czytają się jednym tchem. Może dlatego, że tyle tu znajomych postaci występuje, może dlatego, że to najbliższe dzieje naszej historii, której wszyscy byliśmy świadkami i współudziałowcami.
Rytuał pieczenia chleba
Dzieciństwo w średnio zamożnej rodzinie chłopskiej na Wileńszczyźnie nie było usłane różami. I co się najbardziej małemu chłopakowi zapamiętało? Rytuał pieczenia chleba, co urastało w tym domu do ceremonii najwyższej rangi. „Ajer był niezbędnym atrybutem pieczenia chleba. Mama miała dzieżę, w której zamieszywała ciasto, musiało w niej rosnąć kilka dni. Raz w tygodniu napalała w piecu, później wymiatała sosnową pomiołą popiół. Przed pieczeniem mama, zakasawszy rękaw, przebijała pięścią ciasto aż do dna, a my po kilka razy pochylaliśmy się nad dzieżą i głęboko wciągaliśmy w płuca zapach kwasu chlebowego. Był tak ostry, że aż dech zapierało, aż z oczu leciały łzy. Praktykowali to również dorośli – jako sposób na wszelkie choroby. Potem mama formowała duże bochny chleba – po 5-6 kilogramów – wychodziło ich przeważnie sześć. Na łopacie rozściełała liście kapusty, suszone jesienią na sznurkach liście dębowe, czy ajer, a na to kładła ciasto. W zależności od podkładu chleb miał swój specyficzny zapach. Po uklepaniu bochna zostawało już tylko go przeżegnać, wycisnąć z wierzchu dłonią znak krzyża i wsadzić na łopacie w głąb pieca. Z resztek ciasta w dzieży pozostawał podskrobek... Gorący chleb z zimnym mlekiem – co może być na świecie smaczniejszego? Dzień pieczenia chleba był dla nas świętem niemal równym niedzieli”...
Pamięć godna podziwu
Wzruszył mnie ten fragment z takim pietyzmem i szczegółami opowiedziany o wielkim trudzie tworzenia tego, co kiedyś było święte a dziś jest na tyle powszednie i tak mało cenione.
Być może dzisiejszemu młodemu pokoleniu wydaje się, że trwanie w polskości tamtych „ze starej epoki” również było łatwe, że polskie szkoły powstawały same przez się, bez trudu i samozaparcia tych samych z tamtej epoki? Antoni Jankowski i jego koledzy z ławy szkolnej, ze studiów i pierwszych lat pracy w szkolnictwie należą do tych twardzieli, którzy cegiełka po cegiełce budowali to, czym teraz Wileńszczyzna może się szczycić – duchem polskości. Ale właśnie pan Jankowski potrafił w swych wspomnieniach wyłuskać to, co było najważniejsze, a pamięć go nie zawiodła.
Właśnie pamięć jego godna jest podziwu. Tyle nazwisk, tyle wydarzeń i tyle spostrzeżeń oraz refleksji potrafi opisać ten człowiek, który głęboko te wydarzenia nosi w swym sercu.
„Józek Liminowicz został dyrektorem siedmiolatki w nieodległych Puciniszkach. Były tam dwie nauczycielki Irena Moraczówna i druga Moraczewska. Czasem nauczyciele z Puciniszek przychodzili do nas, czasem my ich odwiedzaliśmy. Spotykaliśmy się z zespołami szkół w Duksztach, Mejszagole, gdzie dyrektorował Ludwik Młyński. Na tych spotkaniach rozmawialiśmy o samokształceniu, omawialiśmy przeczytane książki, zbierane przez nas materiały. Ja zacząłem już wtedy gromadzić materiał gwarowy, Ludwik zbierał książki, spisywał fakty historyczne. Zbudował w Mejszagole dom, jeszcze go nie wykończył, ale plany miał ambitne. Zamierzał otworzyć w swoim domu bibliotekę publiczną, pomagaliśmy mu kompletować zbiory. Szkoda, że tego planu nie udało mu się zrealizować”.
Młody kierownik
Instytut Pedagogiczny i jego ludzie. Niezapomniany Włodzimierz Czeczot, Genadiusz Rakitski, podobnie jak wielu kolegów, w tym Ludwik Młyński („Ludwik miał żal do Czeczota, że w swoim czasie nie pozwolił studentom Instytutu na noszenie rogatywek jako elementu stroju studenckiego”), Józef Kwiatkowski, siostry Tananówne, z którymi cicho odnawiali pomniki wielkich Polaków na Rossie.
Życie stawiało swoje wymagania. Ale tę pierwszą szkołę, w której pracował jako kierownik mając zaledwie 17 lat, wspomina ze szczególnym rozrzewnieniem. Były to Obale w rejonie trockim, a zdjęcie na okładce książki mówi o szkole i jej uczniach bardzo wiele. Bez słów.
Kalendarium życia Antoniego Jankowskiego jest obszerne: zmiana szkół, wojsko, nauka, dyrektor Podbrodzkiej Szkoły-Internatu, współautor podręczników z polskiego, badacz gwary wileńskiej, stanowiska kierownicze w komitecie wykonawczym, kierownik wydziału oświaty rejonu solecznickiego, dyrektor Domu Dziecka w Solecznikach... A w międzyczasie założenie rodziny z piękną dziewczyną Danutą Tokarzewską, również studentką Instytutu, dzieci, wnuki. O każdym momencie swego życia, trudach i radościach może opowiadać bardzo wiele. Ale zawsze oko troskliwego gospodarza jest górą, zawsze dobro dziecka-sieroty jest na pierwszym miejscu, polskość – najważniejsza. A co za tym idzie – wysokie nagrody, odznaczenia, tytuły, miana.
Nie do przyjęcia
„Nie jest dla mnie do przyjęcia, że ideowość przegrywa z merkantylnością, że wartości dla mojego pokolenia ważne schodzą na dalszy plan. Przeżytkiem w sporej części młodego pokolenia staje się rycerskość, bezinteresowność, znaczenie natomiast zyskuje siła przebicia, umiejętność chodzenia po trupach w drodze do bardzo specyficznie, bo przeważnie w kategoriach materialnych, pojmowanej kariery. Tego zaakceptować nie mogę i nie jest to moja sfera... Wileńszczyzna w swoim czasie przechodziła z rąk do rąk, była okupowana, urabiana ideologicznie i asymilowana. W moim pojęciu musiało to tylko hartować naszych ludzi, a nie wyrabiać w nich płaskie zdolności adaptacji. Manipulacje i dążenie do wynarodowienia – to procesy nie należące tylko do przeszłości. Sławetna litewska „integracja”, pseudowartości lansowane jako hasła europejskie, pod szyldem odrzucającej Boga Unii Europejskiej – temu wszystkiemu nadal trzeba stawiać czoła. Z wielkim niepokojem zapytuję siebie: czy swoich uczniów, wychowanków należycie do tej walki przygotowałem?”.
Krystyna Adamowicz
Na zdjęciach: A. Jankowski - zwycięzca Plebiscytu „Polak Roku 2008”; okładka książki.