Z politycznego podwórka
Obiektywizm raczkujący
Międzynarodowa konferencja na temat problemów mniejszości narodowych w Europie Środkowowschodniej ze szczególnym uwzględnieniem sytuacji litewskich Polaków, z której obszerną relację czytelnik może zaczerpnąć w dzisiejszym numerze Tygodnika, nieoczekiwanie doczekała się dość szerokiego rozgłosu w litewskich mediach. Jedne, co prawda, temat potraktowały per noga, czyli jak zwykle złośliwie, nieobiektywnie, wypaczająco, inne z kolei zadały sobie trudu naświetlić meritum sprawy i zrobiły to nawet z pewną dozą obiektywności.
Wśród tych pierwszych należy wyróżnić przede wszystkim TV3. Jedna z największych komercyjnych stacji na Litwie relacjonując przebieg konferencji prześcigła pewnie nawet niegdysiejszą sowiecką Prawdę. W kilkuminutowym reportażu na temat istoty problemu zmieściła jakieś półtorej zdania i to wypowiedzianych w trybie przypuszczającym, reszta informacji była poświęcona niegodziwości wileńskich Polaków, którzy mieli czelność zorganizować taką konferencję.
Polacy zebrali się w Wilnie na międzynarodowej konferencji, by mówić o rzekomych problemach mniejszości polskiej na Litwie. Organizator konferencji europoseł Waldemar Tomaszewski mówił o rzekomym regresie sytuacji prawnej litewskich Polaków (w tym miejscu TV3 puszcza krótką przerwaną w pół zdania wypowiedź posła PE na temat zlikwidowania obowiązkowej matury z języka ojczystego w szkołach polskich, by przekazać słowo specjaliście od spraw mniejszości polskiej posłowi Songaile). Czołowy litewski patriota zamiast odnieść się do meritum problemu bluzga do eteru o zupełnym zbezczelnieniu polskich działaczy na Litwie. Reportaż kończył się enigmatycznym stwierdzeniem, że w Polsce Litwini też się użalają, iż nie zawsze mogą realnie korzystać z zagwarantowanych im przez polskie ustawy praw. Komuniści indoktrynując swego czasu społeczeństwo przez środki masowego przekazu mogliby jeszcze wiele się nauczyć od TV3.
TV3 dało plamę, ale za to zwykle parający się rozniecaniem waśni wśród Polaków i Litwinów portal Delfi tym razem stanął na wysokości zadania (oczywiście w ramach i wyobraźni dopuszczanych przez niego). Fakt, że milowym osiągnięciem jest to, iż relacjonując konferencję szczegółowo portal przytoczył problemy stawiane na niej przez przedstawicieli społeczności polskiej. Dla równowagi zasięgnął zdania Ireny Gasparavičiute, przedstawicielki wspólnoty Litwinów w Polsce, której wypowiedź brzmiała, że owszem Litwini w Polsce mają prawa, o których była mowa na konferencji w Wilnie, i w zasadzie jest w porządku, ale jednak nie tak bardzo. No bo litewskie nazwiska w oryginale można pisać tylko w niektórych polskich dokumentach, ale w dowodach osobistych są one już spolszczane. Na pełnym utrzymaniu z budżetu państwa polskiego szkoły litewskie są tylko w Puńsku, ale już do szkoły Žiburys w Sejnach musi dokładać Litwa, skarżyła się Delfi Gasparavičiute. Cóż, gwoli pełnej prawdy należy powiedzieć, iż szkoła Żiburys została wybudowana za pieniądze litewskiego Departamentu Mniejszości Narodowych i Wychodźstwa z takim rozmachem, że jej rozmiary wielokrotnie przekraczają rzeczywiste zapotrzebowanie lokalnej społeczności litewskiej. W gmachu bez mała dorównującemu Domu Kultury Polskiej w Wilnie uczy się zaledwie sześćdziesięciu kilku uczniów, dlatego nic dziwnego, że nawet 150 procentowe nadfinansowanie koszyka ucznia, jakie ta szkoła otrzymuje, nie wystarcza na pełne utrzymanie megalomańskiego budynku. Co się tyczy pisowni nazwisk, to radziłbym litewskim działaczom w Polsce zwrócić się do sądu, jeżeli rzeczywiście zdarzają się sytuacje, że nie we wszystkich dokumentach ich godność osobista jest wpisywana czcionką litewską. Wygraną mają jak w banku, gdyż art. 7 polskiej Ustawy o mniejszościach narodowych i języku regionalnym jest jednoznaczny. Nazwiska obywateli polskich należących do mniejszości narodowych na ich życzenie są pisane zgodnie z ortografią ich języka ojczystego, głosi artykuł.
Kończąc temat nie mogę nie skomentować nadaktywności przedstawiciela rządu na powiat wileński Jurgisa Jurkevičiusa, który ima się każdego sposobu, by wywrzeć nacisk na dyrektora administracji rejonu solecznickiego, aby zmusić go do usunięcia dwujęzycznych tablic z nazwami ulic. Otóż, moim zdaniem, Jurkevičius mógłby używać argumentu o konieczności wykonywania decyzji sądowych w stosunku do dyrektora Daszkiewicza, jeżeli by wcześniej takiegoż argumentu użył w stosunku do samego rządu litewskiego. Przypomnijmy, że to rząd Litwy już przynajmniej od 5 lat ignoruje wezwania przedstawicieli Rady Europy, by dostosował wewnętrzne ustawodawstwo do wymogów Konwencji Ramowej RE o Mniejszościach Narodowych, którego to dokumentu nadrzędność nad prawem krajowym sam uznał. Tak więc problem władz samorządowych rejonu solecznickiego jest wtórny, wynikający bezpośrednio z obstrukcji Litwy w zakresie swych zobowiązań międzynarodowych.
W tej sytuacji apele Jurkevičiusa brzmią, przyznajmy, nieco cynicznie.
Tadeusz Andrzejewski