Wspomnienia z okolic Bujwidz (I)
Na łamach prasy polskojęzycznej Wilna kilkakrotnie natknąłem się na temat podwileńskiego miasteczka Bujwidze, jak też gminy o tejże nazwie. Poruszano również tak rzadko naświetlany obecnie temat szlachty bujwidzkiej, jej problemów, przeszłości, jak też trosk i radości życia codziennego.
Wobec tak wszechstronnego naświetlania okolic Bujwidz oraz parafii bujwidzkiej, nie od rzeczy będzie przypomnienie szanownym Czytelnikom, że w swoim czasie południowo-wschodnia część parafii bujwidzkiej i jej mieszkańcy w końcu roku 1939 znaleźli się za sztuczną granicą, istniejącego również obecnie, już terytorium przyłączonym do Białorusi. Było to wynikiem mocarstwowej polityki Stalina, który wspaniałomyślnie oddając Wilno Litwie, bez uwzględnienia ogólnie przyjętych kryteriów, podzielił od wieków scaloną, mającą jeden rodzimy język, grupę etniczną na dwie części, oddzielając często rodziny od ich bliskich, krewnych, ziemi i rodzinnych grobów. W takiej sytuacji znalazła się ta część szlachty bujwidzkiej, która zamieszkiwała te okolice w odległości 5-8 km na płd.-wschód od Bujwidz.
Wakacje u dziadków
Tereny te poznałem w dzieciństwie jeszcze przed II wojną światową, gdy wraz z rodzeństwem spędzaliśmy każde letnie wakacje u dziadków i innych krewnych po kądzieli, zamieszkałych w tamtych okolicach. Ziemie te były ciekawe jeszcze tym, że nie było tutaj zwykłych wsi o zabudowie ulicznej, tak charakterystycznej dla dalszej Wileńszczyzny. W większości żyli tutaj ludzie zamożni, właściciele wielohektarowych gospodarstw, osiadli, przeważnie w oddzielnych zaściankach lub koloniach, a jedynie miejscowość Żarnele, którą można by uznać za wieś, oficjalnie była nazywana okolicą. Dlaczego piszę o tym?
, jak i byłych jego mieszkańców, chciałbym ocalić od zapomnienia, gdyż, jak najbardziej zasługują na to. Naukowcy z wielkim znawstwem naświetlają wpływ Kresów i ich mieszkańców na kulturę polskości. Z uznaniem piszą o Polakach, zamieszkałych na obrzeżach byłej Rzeczypospolitej (znana jest wypowiedź „Dziadka” porównania kraju z obwarzankiem). To oni byli ośrodkami polskiej kultury, zanim nie zostali zmuszeni do porzucenia swych osiedli, ojcowizny i przeniesienia się, kto na zachód, w ramach tzw. repatriacji, kto, przymusowo, na wschód. Część do miast, by w nowym środowisku i warunkach nadal strzec swych tradycji i tożsamości na miarę, jakże skromnych, możliwości.
Żyli i trwali na Wileńszczyźnie
Nie możemy i nie powinniśmy wymazać z pamięci ten ogrom krzywd, których doznali właśnie ci, co od wieków żyli i trwali na Wileńszczyźnie, byłych Kresach Rzeczypospolitej, ciągle przesuwających się na zachód, a które wówczas, przed tragicznym Wrześniem 1939 r. były ich jedyną odrodzoną, po latach rozbiorów, Ojczyzną.
Jako były uczeń wileńskiej szkoły powszechnej, z miasteczkiem Bujwidze i okolicą w swej pamięci, odtwarzam beztroskie czasy sztubaka lat 1938-39, wyjeżdżającego na letnie wakacje na wieś do dziadków, marzącego o łażeniu po drzewach, zbieraniu jagód i grzybów, dosiadaniu na oklep konia, kąpieli w pobliskim stawie lub heca, spaniu w stodole, na pachnącym sianie i innych urokach dawnej wsi.
Coroczny wyjazd na wakacje był najbardziej oczekiwanym i urastał do rangi największych przeżyć i wymarzonych przygód dziesięciolatka. Po godzinie jazdy pociągiem, wysiadka na stacji Santoka, dookoła piękny sosnowy las, wujek, czekający z końmi, zaprzągniętymi do bryczki i liniejki (były takie powoziki), krótka majówka nad Wilią i...dalej w drogę. Przed nami 16 km uroczej leśnej drogi, mijającej dwór w Punżanach, osiedle Strażniki i miasteczko Bujwidze. Miasteczko, jak sięga moja pamięć, znam od zawsze. Tu, po prawej – mijaliśmy remizę strażacką (była taka), domek ciotki Kowalewskiej, która w zimowe dnie częstowała gorącą kawą zbożową na mleku, dużą szkołę murowaną, naprzeciw sklep p. Czobota, dalej dom p. Gałeckiego, ogromny (w odczuciu dziecka) plac przykościelny, po prawej – Dom Ludowy, dalej kościół z owalną kopułą oraz kaplicą na stożkowatym wierzchołku, na którym obracał się, w zależności od kierunku wiatru, trąbiący anioł.
Odpust w Bujwidzach
Plac przed kościołem zwykle pusty, ale niebawem, w połowie lipca, odbędzie się tutaj największy w parafii odpust MB Szkaplernej, w języku miejscowym, fest. Zaludni się plac i pojawią się różne stragany, pod drzewami i obrzeżach konne zaprzęgi przybyłych parafian, a w centrum kręcąca się karuzela, napędzana siłą mięśni kilku spoconych młodzieńców, widocznych między wartką, kręcącą się w krzesełkach, trochę przestraszoną ale zachwyconą, dzieciarnią.
Jak zwykle, kobiety i dzieci zapełnią kościół, zaś większość mężczyzn usadowi się na ławeczkach wzdłuż muru przykościelnego, aby popsioczyć na pogodę i urodzaj, podziwiać ładne konie, podzielić się ostatnimi nowinami z kumami, szwagrami, pociotkami i dalszymi sąsiadami, których spotyka się tylko od święta.
Po nabożeństwie wierni tłumnie zapełnią cały plac przed kościołem i po krótkich pogawędkach oraz obejrzeniu i podziwianiu straganowych towarów, posłuchawszy przybyłych domokrążców, sprzedających drukowane wiersze i piosenki i dla reklamy śpiewających te romansowo-tragikomiczne pseudoutwory rozejdą się, kto do miejscowych sklepików po zakupy (tradycyjne „gościńce”), kto na paciorek przy grobach bliskich na parafialnym cmentarzu. Będą i tacy, co wraz z krewnymi lub sąsiadami, w ustronnym miejscu rozłożą na kilimku przywożoną przekąskę i po grzecznościowych ceregielach, skosztują specjały obecnych gospodyń, nie zapominając pochwalić co ciekawszy domowy rarytas. Kulminacją majówki będzie wyciągnięta z zanadrza, przez któregoś z gospodarzy, ćwiarteczka monopolówki lub domowej wiśnióweczki.
Stanisław Krzywicki
Na zdjęciu: autor na rumaku, podczas wakacji u dziadków. (Cdn.)