Tyszkiewiczowie z Waki Trockiej (IV)
Hrabina Janowa Tyszkiewiczowa na emigracji
Wybrane fragmenty
W ósmą rocznicę ślubu z właścicielem Waki, nie przeczuwając, że niespełna dwa i pół miesiąca później zostanie wdową, Anna Maria z Radziwiłłów Tyszkiewiczowa w liście do męża pisała: „(...) Nie chce się mi wierzyć, że to już tyle lat i gdy o tem myślę, to dochodzę do wniosku, że kocham Cię tak samo, jak w tym pierwszym roku; dużo się zmieniło w świecie i we mnie, ale uczucie jest to samo, więc proszę Boga, aby błogosławił Tobie i dzieciakom, bo moje szczęście najistotniej związane z Tobą i z niemi”.
Kiedy męża nie stało, życie i nadzieję na szczęście wiązała z trójką dzieci, z których najmłodsze miało zaledwie ponad roczek, więc stało przed nią zadanie niełatwe i nie krótkie w czasie. W myśl, że „niezbadane są wyroki Boskie” w tragicznych sytuacjach nie miała zwyczaju winić za nieszczęścia Boga, również stojąc przed zamkniętą barierką granicy polsko-litewskiej (zob. „Ucieczka hrabiny Tyszkiewiczowej przed bolszewikami” ), obleganą przez uciekinierów nie mających pozwolenia na przejazd. Swoje dzieci, wystraszone od krzyku funkcjonariuszy oraz płaczu, przekleństw i narzekań tłumu nie wiedzącego co począć, zabrała do pobliskiego kościółka, aby pomodliły się o mądre rozwiązanie sprawy, a miejscowy proboszcz, wzruszony gorącą modlitwą rodzinki, zaprosił ją do siebie. Wiara w opatrzność Boga i modlitwa również na dalszym etapie życia niejednokrotnie pomagały hrabinie przetrwać.
Jak wiadomo, Annie Tyszkiewiczowej udało się w końcu z dziećmi, nianią i guwernantką dotrzeć do Londynu, a podróż z Kowna przez Estonię, Szwecję i Norwegię trwała ponad trzy tygodnie. Na Morzu Północnym przeżyli burzę. Synek Zygmuś, który wyjątkowo był odporny na chorobę morską, zapamiętał potłuczone i porozrzucane naczynia w nieczynnej restauracji, co przeżył jako dziecko na swój sposób, gdyż był „bardzo głodny”. Izia z uśmiechem dziś wspomina jak spadła w nocy z łóżka, a guwernantka, z którą była w kabinie statku, z powodu okropnej choroby nie była w stanie dziewczynce toczącej się od ściany do ściany pomóc. Zapamiętano też złowrogą granicę: nachmurzonego wysokiego strażnika i barierkę przypominającą zamykaną kolej, po obu stronach której rozpościerały się przeorane pola – wrogie i ciemne. Anita musiała natomiast rozstać się ze swoją ulubioną lalką, którą upodobała córka kierownika poczty, dzięki czemu jej zrozpaczonej mamie pozwolono skorzystać z telefonu służbowego, by powiadomić rodzinę mieszkającą po stronie litewskiej, w Towianach, że nie mogą dalej jechać. A potem, już w Anglii, dzieci rozchorowały się na dyfteryt, co ich mamę kosztowało dużo zdrowia i nerwów.
Każdy z nas nosi te swoje osobiste wspomnienia. Może właśnie dlatego, nie ufając czasowi i pamięci, Tyszkiewiczowa skrzętnie prowadziła notatki, zapisując dzień po dniu ich podróż do Anglii, a potem częste z powodu wojny przenosiny również i po tym kraju. A może, będąc niepewna dnia jutrzejszego, starała się na wszelki wypadek zostawić jakiś ślad czy po prostu pamiątkę dla dzieci, choć o tych zapiskach aż do jej śmierci nie wiedziano.
Ludowa mądrość z okolic Wileńszczyzny głosi, że od czego uciekasz, to znajdziesz. Hrabina uciekała od bolszewików, od bomb, od kul, od wojny. W Londynie znaleźli dach nad głową przy Ambasadzie Polskiej u krewnego (ze strony męża) Edwarda Raczyńskiego i jego małżonki Cecylii z Jaroszyńskich. Niedługo jednak rozpoczęło się bombardowanie Londynu, gdyż Niemcy nie zamierzały tolerować kraju, do którego przeniósł się rząd Polski na uchodźstwie. Dzieci hrabiego Jana Michała z Waki zapamiętały ryk syren zapowiadających naloty samolotowe, chowanie się do schronów, ścinanie metalowych barierek, szyldów, bramek po całym mieście, aby nie zabrakło materiału dla fabryki produkcji zbrojeniowej. Zygmuś wspomina: „Podczas spacerów w parku „Regets Park”, blisko ambasady, oglądałem ogromne balony, tzw. „barrage baloons”, które były wypuszczone wysoko do nieba na długich linach, żeby samolotom niemieckim było trudno nisko nad Londynem lecieć i bomby zrzucać. Za dnia te balony były spuszczane blisko ziemi”.
Dnia 23 października 1939 roku Tyszkiewiczowa wraz dziećmi przeniosła się z Londynu do Salcombe na południu Anglii. Nie miała czym płacić za mieszkanie, ale jeszcze wtedy żyła pewnością, że niedługo wróci do Waki i odwdzięczy się życzliwej rodzinie. Musiała również zwolnić z pełnienia dotychczasowych obowiązków nianię Trelińską i guwernantkę Holtorp, gdyż nie miała czym płacić. Odtąd panie musiały pójść własną drogą i znaleźć sposób na przeżycie. Pierwsza została pielęgniarką i pracowała w szpitalu wojskowym, a po wojnie wróciła do kraju. Druga zatrudniła się w charakterze damy do towarzystwa w angielskiej rodzinie ziemiańskiej, a potem szczęśliwie wyszła za mąż i aż do sędziwych lat mieszkała w zabytkowym pałacyku.
Tymczasem w niespełna dwa tygodnie później przyszła kolej na bombardowanie Salcombe. Rozpoczęła się masowa ewakuacja matek i dzieci, gdyż państwo angielskie myślało o przyszłości. Przyszłością żyła również Anna Maria. Nie lubiła wspomnień, które nie da się wskrzesić, jakby najpiękniejsze nie były. Nie znosiła narzekań, bo zamiast pomóc, prowadziły do frustracji. Bardzo rzadko opowiadała też o tym, co przeżyła. Patrzyła w przyszłość, bo miała dzieci i czuła się za nie odpowiedzialna, ale miała też w sobie wielką siłę ducha oraz wiarę, że życie człowieka to nieustanna walka. Tym razem rodzinka z Waki została przeniesiona do północnej części kraju. Znaleźli się w Lincolnshire, a angielska rodzina ziemiańska Jarvis udostępniła im tymczasowo mały domek we wsi Doddington. Dwa lata później los kazał im to miejsce opuścić...
Dach nad głową znaleźli pod Londynem dzięki kuzynce Zofii, córce Konstantego Radziwiłła z Towian. W posiadłości rodziny, zaprzyjaźnionej z pisarzem angielskim Herbertem Forsterem, który był mężem Zofii Radziwiłłówny, znaleźli schronienie w maleńkim domku ogrodnika tuż przy bramie ogromnej posesji. Kolejne bombardowania Londynu i okolic spowodowały kolejną ucieczkę, wędrówkę i walkę o przetrwanie. Przedłużająca się druga wojna światowa coraz bardziej oddalała ich od Waki. Znajomi państwa Raczyńskich umieścili wdowę z dzieciakami w pobliżu miasta Nottingham. Przybyli tam 25 września 1944 roku. Dopiero w dwa lata później dzięki rodzinom, u których w czasie tułaczki wojennej mieszkali, właściciele dużego majątku ziemskiego Richard i Susan Rawnsley’owie zaopiekowali się uciekinierami. Początkowo umieścili ich w jednym z pustych domków na terenie swego gospodarstwa rolnego w Well, a potem nieodpłatnie udostępnili pokoje przeznaczone dla służby w swoim obszernym murowanym domu w surowym angielskim stylu. W tej wsi Tyszkiewiczowie zamieszkali już na stale, ale odnotujmy, że żyć w miarę spokojnie zaczęli dopiero po upływie prawie siedmiu lat od czasu, jak opuścili strony ojczyste.
Z relacji licznych tułaczy wojennych wynika, że Anglicy bardzo dużo zrobili pomagając Polakom w czasie i po wojnie. Między innymi, nie pobierając opłat za mieszkanie, opłacając szkoły, dając z własnego gospodarstwa mleko, warzywa, owoce. I chociaż wielu arystokratom po wojnie przyszło zarabiać na chleb czyszcząc w hotelach srebra, niańczyć cudze dzieci i sprzątać, dzięki ogromnej życzliwości Anglików ich potomkowie wychowywali się w spokojnej, zdrowej i przyjaznej atmosferze. Z bardzo skromnych dochodów emigranckich nie byliby w stanie swoje pociechy wykształcić. Trzeba również uwzględnić fakt, że sami wiele starań włożyli w ich dobre wychowanie, nienaganne maniery i zaszczepili zarówno miłość do utraconej Ojczyzny, jak i nauki, ucząc języków obcych, literatury i historii Polski, co kiedyś w ich pałacach należało do obowiązków bon i guwernantów.
Hrabina Anna Tyszkiewiczowa bardzo troszczyła się o swoje potomstwo i mimo skromnych dochodów w spadku przekazała im bogatą spuściznę duchową. Kiedy syn ukończył studia i stanął na przysłowiowe nogi, wybudował dla niej własny domek w Well. To był piękny gest wdzięczności za wszystko, co dla nich zrobiła, ale też i wewnętrzna potrzeba dziecka, od wielu lat bezdomnego, posiadania takiego miejsca, w którym przynajmniej na Wigilię i Wielkanoc zgodnie z tradycją mogła się zgromadzić cała rodzina. W tym czasie dzieci pozakładały własne rodziny, wyjechały daleko, więc i odwiedziny były sporadyczne, ale hrabina nie chciała tych stron opuszczać. Syn relacjonuje: „Mama zmarła w Well w 1983 roku i jest pochowana na cmentarzu przy malutkim kościele tej wioski, który codziennie widziała przez okno swego domku. Była tam szczęśliwa, bo już nie potrzebowała ciągle się przenosić, a była na głębokiej wsi, co lubiła. Ta wioska nie miała sklepu, ani autobusu i aż do roku 1961 nie posiadała auta, a i na rowerze nie umiała jeździć. Na sprawunki, kiedy nas dzieci nie było, szła piechotą 5 kilometrów do najbliższego miasteczka i z powrotem”. Nie ulega wątpliwości, że zaciszne, dalekie od zgiełku miejskiego i cywilizacji angielskie Well przypominało Tyszkiewiczowej ich gniazdo rodzinne - Wakę.
Hrabina Janowa Tyszkiewiczowa od chwili opuszczenia Waki w dniu 16 września 1939 roku, kiedy to z dziećmi wyjechała do Ornian, nigdy więcej tam nie była. Wiedziała jednak o losach pałacu i majątku oraz realizowane przez Litewskie Biuro Konserwacji Zabytków plany odnowienia zabudowań majątkowych mających wartość historyczną, gdyż korespondowała z pracownikami tej instytucji w czasach sowieckich, udzielając między innymi informacji o wodnej wieży ciśnień, systemie instalacji elektrycznej, wnętrzach pałacu, kaplicy i rzeźbach dekoracyjnych. W latach 1977-1979 sporządziła dokładny plan budynku pałacowego, na podstawie którego wiadomo, że przed 1939 rokiem były w nim 23 pomieszczenia. Z braku gotówki z mężem zdążyli odnowić tylko lewą stronę domu na parterze oraz pokoje gościnne na piętrze. Nie zdążyli nadrobić straty poniesione po pierwszej wojnie światowej, a już kolejna wygnała ich za próg.
Z zachowanej korespondencji wynika, że hrabina nie miała pretensji z powodu bezpowrotnie minionego czasu, ale również z powodu, że bieg wydarzeń na arenie politycznej niesprawiedliwie przesądził o losach ojcowizny jej dzieci i arystokracji jako elity społecznej. Cieszyła się, że coś się robi na rzecz zabytków i że w Wace coraz ładniej. Między innymi korespondowała z byłym proboszczem Landwarowa, księdzem Kazimierzem Kułakiem. W jednym z listów, wspominając o szkodach, jakie wyrządziła w majątku jeszcze pierwsza wojna światowa, pisała: „Po 8 latach (małżeństwa) znowu wojna wygnała nas, a dom był znowuż zniszczony, ale dobrze, że znowu został odnowiony, bo szkoda, gdy piękne rzeczy się marnują i za wiadomości o Wace jestem bardzo wdzięczna”.
Z relacji dzieci wynika, że: „Mama nie lubiła żyć przeszłością”, „patrzyła tylko w przyszłość”, „bardzo bolesne miała wspomnienia”. Dlatego za zdjęcia i te „bolesne wspomnienia” pragnę podziękować: Anicie - Annie Marii Tyszkiewicz Hooper, Izi - Izabeli Elżbiecie Tyszkiewicz oraz Zygmusiowi – Zygmuntowi Janowi Ansgaremu Tyszkiewiczowi, bez pomocy których nie udałoby się odtworzyć fragmentów historii rodzinnej z tamtych lat.
Liliana Narkowicz
Na zdjęciach: hrabina (w czerni) z nianią, guwernantką i dziećmi w Salcombe (1940); przykościelny cmentarz w Well, gdzie została pochowana hrabina Anna.
Fot. archiwum