Od mostów powstały MOŚCISZKI?

Mościszki, jedno z największych pod względem liczby mieszkańców osiedle w gminie ławaryskiej, graniczące po sąsiedzku z białoruską ziemią. Swą nazwę podobno zawdzięcza dużej liczbie mostów, mostków, które kiedyś były niezbędne do pokonania bagnistych terenów. Zachodzące zmiany wspomagane ręką rolnika, a raczej sączkami drenarskimi ułożonymi przez melioratorów, przekształciły te tereny w uprawną ziemię. Ziemia natomiast, dzięki mądremu, gospodarskiemu hołubieniu, hojnie rodziła, zapewniając utrzymanie pracującym na niej miejscowym mieszkańcom i przybyszom.

Nieprzypadkowo więc, w okresie przeobrażeń społecznych, które szczególnie boleśnie przeżyli mieszkańcy litewskiej wsi „rzuceni na głębokie wody” bez uprzedniego nauczenia „utrzymania się w nowych warunkach na powierzchni”, po upadłości spółek rolnych, znaleźli się na rozdrożu. Dalece nie wszyscy potrafili wybrać trafną drogę, wielu starało się „utopić swoje biedy” w alkoholu, czego skutki są odczuwalne dotychczas w wielu wsiach.

Pierwszy nie zawsze lepszy...

Mieszkańcy Mościszek, Rubna, Bildź i innych wsi, zrzeszeni w spółce rolnej kierowanej przez doświadczonego specjalistę, miejscowego rolnika z dziada pradziada, Tadeusza Likszę, która latami wiodła prym w rejonie wileńskim pod względem wskaźników ekonomicznych, nie śpieszyli rozchodzić się po zagrodach. Niskie ceny skupu produkcji rolnej coraz bardziej dawały się we znaki, ale ludzie przynajmniej mieli pracę i skromne zarobki, w odróżnieniu od „armii” rolników masowo uzupełniających wówczas listy bezrobotnych na giełdzie pracy. Toteż spółka rolna „Mościszki” przetrwała w rejonie najdłużej. I dopiero wstąpienie Litwy do UE – „otwarcie drogi” do Europy chętnym otrzymywania godnych zarobków za swą pracę, spowodowało odczuwalny brak siły roboczej w zakładach, przedsiębiorstwach, w placówkach handlowych i usługowych stolicy. Skusiło to wielu byłych rolników do podjęcia tam pracy. Miało to znaczenie dla członków spółki, którzy przed rokiem ostatecznie podjęli decyzję o zawieszeniu działalności gospodarczej i podziale wspólnego majątku. Wówczas rozpoczęło się spłacanie udziałów, które teraz, rzec można, dobiegło końca.

Kiedy ostatnio odwiedziliśmy Mościszki, byłego kierownika Tadeusza Likszę oraz księgową, jako członków komisji likwidacyjnej, zastaliśmy w okazałym, ale już nie ogrzewanym, nie oświetlonym gmachu byłego zarządu spółki, będącego teraz własnością prywatną. Natomiast resztki wspólnego dorobku spółki – wieże ciśnieniowe, służące okolicznym mieszkańcom, na mocy uchwały ostatniego posiedzenia Rady samorządu, zostały przekazane na bilans rejonowy.

Kto pierwszy, ten lepszy - głosi porzekadło ludowe, ale w danym przypadku, podobno członkowie spółki rolnej Mościszki tylko wygrali, że nie byli pierwsi w jej rozparcelowaniu. W myśl zasady, „Jak się pośpieszysz, ludzi naśmieszysz”, zawiesili działalność dopiero wówczas, jak dalsze wspólne trwanie już nie miało sensu. W ten sposób uniknęli chaosu i dużej niewiadomej co do dnia jutrzejszego i masowego bezrobocia. Zaoszczędzili sobie nieco nerwów i zdrowia, poznając doświadczenie innych podupadłych zespołów rolniczych, mogli naocznie się przekonać, że bez spółki też żyć można.

Krótkotrwała rolnicza radość?

Ludzie zabrali swoją ziemię. Kto odzyskał większy obszar, teraz część arenduje, część uprawia, prowadząc samowystarczalną gospodarkę. Są to przeważnie osoby w starszym wieku. Tylko nieliczni, jak np. Paweł Andrzejewski zdecydował się zostać rolnikiem indywidualnym i uprawiać około 100 ha, hodując ekologicznie czyste uprawy zbożowe. Nie mógł też zdradzić ziemi Tadeusz Liksza „po wsze czasy jej przypisany”; jak sam twierdzi: „Pracuję tu (na ziemi) całe życie i wciąż w Mościszkach”.

Do swej dyspozycji ma 270 ha gruntów, których większość (poza 40 ha własnych) dzierżawi. Prowadzi różne uprawy rolne: uprawia czarną porzeczkę, aronię, hoduje zboża, w tym grykę, która nie jest wymagająca pod względem żyzności gleby i nie sprawia kłopotu ze zbytem, kukurydzę, rzepak, koniczynę na nasiona. A że prowadzi też hodowlę bydła mięsnego, spore areały przeznacza na mieszanki paszowe, zapewniające uzyskanie wartościowej karmy. Jak na razie nie rezygnuje z trzymania opasów, spodziewając się, że wreszcie ceny skupu bydła pójdą w górę, podobnie jak ceny upraw zbożowych bieżącej jesieni. Teraźniejsze bowiem ceny skupu żywca rogacizny (3,5 - 3,6 Lt za kg) w porównaniu z ceną wołowiny w sklepach, są wprost karygodne.

Pomimo to rok bieżący, zdaniem pana Tadeusza, jest szczególnie pomyślny dla rolników. Nie mówiąc o wsparciu unijnym, podczas wiosennych prac polowych, doglądu zasiewów paliwa, nawozy stosowano nabyte po starych cenach, natomiast ziarno skupywano – po nowych, znacznie wyższych i zyskownych. Szkoda tylko, że ceny paliwa, innych środków produkcji rolniczej, już idą w górę. A zatem krótkotrwała rolnicza radość?..

Młodzi wolą inne prace

Jedni co młodsi mieszkańcy Mościszek i okolicznych wsi ruszyli do miasta w poszukiwaniu pracy, drudzy zatrudnili się na miejscu. Przykładowo, w tartakach, w indywidualnych przedsiębiorstwach świadczących usługi budowlane, stolarskie. Tylko Jerzy Leszniewski zatrudnia 40 robotników, budowlanych, którzy między innymi z ciosanych bierwion wznoszą łaźnie, domy mieszkalne. Są gotowi spełnić każde życzenie nawet najwybredniejszego klienta. Budujący jest fakt, że nie tylko daje ludziom pracę, ale też dba, żeby w „zdrowym ciele, był zdrowy duch”. Sponsoruje miejscową drużynę piłkarską „Fortuna”, która uczestniczy w zawodach powiatowych, a ostatnio w rywalizacji o Puchar Wilna zajęła drugie miejsce. Jest to nie jedyne wymowne zwycięstwo drużyny: liczne puchary, dyplomy honorowe upiększają gabinet pana Jerzego.

Ponieważ popyt na budulec, drewno, stolarkę wciąż jest duży, wszak rejon wileński, a zwłaszcza podmiejskie gminy, można nazwać ogromnym placem budowlanym, w Mościszkach są czynne trzy tartaki. Obok przedsiębiorstwa Leszniewskiego podobną działalność prowadzą Czesław Ławrynowicz oraz Mieczysław Andrzejewski.

Wsie pięknieją

- Wbrew przepowiedniom, że jak nie będzie kołchozów, nie będzie budowli, nasze wsie z każdym dniem pięknieją – mówi Tadeusz Liksza. – Proszę spojrzeć, ile domów zmieniło swe oblicze, ile ulega dalszej renowacji. Ludzie, szczególnie młodzi, znaleźli dobrze opłacalną pracę, zaistniały warunki do odnawiania, rozbudowy domostw, zamiany ogrodzeń. Natomiast dzięki środkom uzyskanym z funduszu programu SAPARD, przy aktywnym udziale i poparciu samorządu, w Mościszkach udało się odnowić i rozbudować sieć wodociągową i kanalizacyjną. Kosztorys tych prac wyniósł około 100 tys. Lt. Znacznie polepszyło to warunki bytowe mieszkańców wsi, mieszczącej się tu szkoły, przedszkola. Między innymi kierowniczka przedszkola Irena Ławrynowicz ma wreszcie powód do zadowolenia, zostanie bowiem spełniona prośba młodych rodziców, którzy czekają na miejsca w przedszkolu dla swych pociech. Na mocy decyzji Rady samorządu rejonu zostanie tu utworzona druga grupa. Zaistniały ku temu warunki po przeniesieniu szkoły początkowej (czterech uczniów) z państwowym językiem nauczania do miejscowej szkoły podstawowej. W zwolnionym pomieszczeniu, na remont którego przeznaczono środki z rejonowego budżetu, zadomowi się tu 14 maluchów.

„Bez przeszłości nie ma przyszłości”

Szerzący się ostatnio na wsi społeczny ruch tworzenia się organizacji pozarządowych, tak zwanych grup inicjatyw społecznych, mający na celu odnowę wsi na podstawie partnerstwa i miejscowej inicjatywy, finansowo wspierany przez Unię Europejską, również nie ominął Mościszek. Utworzona tutaj wspólnota mieszkańców wsi, kierowana przez Reginę Milaszkiewicz, bierze udział w programie przewidującym utworzenie strefy rekreacyjnej.

Jak twierdzi starosta gminy Jan Krasowski, jest to druga grupa inicjatyw lokalnych powstała w gminie Ławaryszki, które rozwijając umiejętności w zespołowych działaniach wspólnie ze starostwem troszczą się o polepszenie miejscowych warunków bytowych, podniesienie stopy życiowej mieszkańców osiedli. Budujący jest fakt, iż nie zapominają przy tym zasady, że bez przeszłości nie ma przyszłości. Ładnieją więc, ożywają w gminie nie tylko domy mieszkalne, strefy rekreacyjne, ale i cmentarze, które przez długie lata były zapomniane. Takim właśnie jest miejsce pochówku właścicieli byłego dworku Rubno. Ostatnim z nich był Jan Konrad Obst: wydawca, redaktor nie tylko popularnego naonczas „Dziennika Wileńskiego”, ale też założyciel muzeum im. Adama Mickiewicza przy zaułku Bernardyńskim w Wilnie, jeden z najbardziej aktywnych popularyzatorów Ziemi Wileńskiej w okresie międzywojennym. Cmentarzyk, na którym spoczął obok matki i żony, w sąsiedztwie poprzedniego właściciela dworku Rubno, szlachcica Ryszarda Rauby herbu Drogomir, został ogrodzony, wycięto zarośla. Pamiętający dzieje dworku miejscowi mieszkańcy są zdania, że na metalowych krzyżach potrzebne są tablice. Należy przypuszczać, że zadba o nie starosta gminy.

Danuta Danowska
Na zdjęciach: wioskowy krzyż – most do wszystkiego; domki i łaźnie z ciosanych bierwion cieszą się niemałym popytem; dyplomy honorowe upiększają gabinet Jerzego Leszniewskiego.
Fot.
Irena Mikulwicz

<<<Wstecz