Obchody 110. rocznicy urodzin prof. Kazimierza Pelczara
Walczył z rakiem, zginął od kuli
Dziś możemy tylko przypuszczać, na ile do przodu byłaby światowa onkologia, gdyby Kazimierzowi Pelczarowi dane byłoby osiągnąć sędziwy wiek naukowca. Niestety, II wojna światowa stanęła temu na przeszkodzie, wpisując nazwisko wybitnego profesora USB na okrutną listę ofiar, gdy liczył lat zaledwie 49. Zostało więc krocie niezrealizowanych pomysłów, niedokończonych badań. Nad tym, by wymyślić skuteczny sposób na zwalczanie raka - jednej z najgroźniejszych chorób XX wieku.
Mundur żołnierza i biały kitel
Rozkwit naukowej działalności Kazimierza Pelczara związany jest z Wilnem, choć przyszedł na świat 110 lat temu - 2 sierpnia 1894 roku daleko od Litwy, gdyż na Ziemi Galicyjskiej - w Truskawcu, gdzie ojciec Zenon Pelczar był właścicielem jednego z sanatoriów. Po ukończeniu z odznaczeniem gimnazjum w Drohobyczu mimo zamiłowania do sztuk pięknych 18-letni chłopak kontynuował tradycje rodzinne, wstępując na wydział medyczny Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Zamiast kitla lekarskiego po dwóch latach studiów zmuszony jest wdziać jednak mundur żołnierza, gdyż wraz z początkiem I wojny światowej został powołany do armii austriackiej i wysłany na front, 23 lutego 1915 r. trafia do niewoli Moskali i zmuszony jest 6 lat spędzić w Rosji, pracując w szpitalach Kijowa, Moskwy i Saratowa. Praca w służbie sanitarnej była dlań doskonałą praktyką lekarską.
W roku 1919 zaciąga się do Wojska Polskiego. W II i IV pułku Strzelców Syberyjskich był zastępcą lekarza pociągu sanitarnego, następnie lekarzem okrętowym. Wróciwszy do kraju przez Chiny i Japonię, 1 lipca 1920 roku uczestniczył w bitwie pod Warszawą w armii generała Władysława Sikorskiego, został odznaczony Krzyżem Walecznych.
Szczeblami naukowej kariery
W roku 1920 wraca do ukochanego Krakowa, by kontynuować przerwane studia, zwieńczone uzyskaniem 28 października 1925 roku stopnia doktora wszechnauk lekarskich. Jego wybitne zdolności i zamiłowanie do pracy naukowej sprawiły, że zwrócił na siebie uwagę wybitnego profesora patologii ogólnej i eksperymentalnej Karola Kleckiego, więc już jako student został tu młodszym asystentem naukowym. W ten to sposób została zapoczątkowana jego błyskotliwa kariera naukowca. Wspinając się konsekwentnie po jej szczeblach, specjalizował się w renomowanych klinikach Berlina i Paryża: pierwotnie w dziedzinie hematologii oraz w przeszczepianiu tkanek nowotworowych i ich hodowli poza ustrojem, a później - w patologii ogólnej i eksperymentalnej, badając odporność organizmu na choroby nowotworowe. Te badania stały się tematem pracy habilitacyjnej, którą w roku 1929 obronił na UJ.
W roku 1930 katedra patologii ogólnej i eksperymentalnej Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie ogłasza konkurs na objęcie stanowiska kierownika. Wygrawszy go już 2 grudnia tegoż roku Kazimierz Pelczar objął kierownictwo nad katedrą. Prowadził wykłady dla studentów wydziału lekarskiego, jednocześnie kierując szeroko zakrojoną pracą naukową. W grudniu 1931 roku w Wilnie przy ulicy Połockiej 6 dzięki staraniom profesora zostaje otwarty nowoczesny zakład dla chorych na nowotwory na 120 łóżek. W krótkim czasie rozbudował go i wyposażył w nowoczesny sprzęt, zdobywając po temu niezbędne środki.
Bardziej uśmiechem niż morfiną
W roku 1933 nie przyjął propozycji objęcia katedry na UJ, pozostając w Wilnie, by całym sercem oddać się swemu warsztatowi pracy, usiłując poznać istotę chorób nowotworowych oraz znaleźć środki i sposoby ich opanowania. Prof. Pelczar był zdania, że nowotwory złośliwe są uleczalne; jeszcze przed wojną był bliski rozwiązania tego trapiącego ludzkość problemu. Zgłębiał w tym celu też tajemnice medycyny ludowej, badając m. in. właściwości lecznicze huby brzozowej i dębowej, ich skład chemiczny, działania farmakologiczne.
Z kolegami po fachu tworzył wspólny front walki z rakiem, organizując zjazdy uczonych onkologów w skali kraju i międzynarodowej. Ale przede wszystkim był lekarzem obdarzonym cechami urodzonego humanisty. Jak wspominali jego współpracownicy, dla chorych miał uśmiech, nawet wtedy gdy zbliżał się do beznadziejnie chorych, potrafił ich natchnąć otuchą, uspokajał bardziej niż zastrzykami morfiny.
Na niewidzialnym froncie
Z wybuchem wojny prof. Pelczar aktywnie włączył się w niesienie pomocy osobom potrzebującym: stanął na czele Sekcji Polskiej Międzynarodowego Czerwonego Krzyża oraz Komitetu Polskiego Pomocy Ofiarom Wojny. Dzięki jego autorytetowi i popularności udawało się otrzymywać pomoc od wielu międzynarodowych organizacji. W zakładzie przy ul. Połockiej, który notabene prowadził do końca życia, ukrywał Żydów i członków Armii Krajowej, zagrożonych aresztowaniami. W Landwarowie i Wace stworzył ośrodki pracy dla studentów i Polaków, pozbawionych studiów i warunków egzystencji. Współpracował ze służbami sanitarnymi Okręgu Wileńskiego AK.
To wszystko nie mogło ujść uwagi Niemców i ich litewskich sługusów. Nad profesorem zaczęły się zgęszczać ciemne chmury. Chcąc go uratować od najgorszego, proponowano bezpieczne miejsca lekarskie w Londynie, Rzymie i w Nowym Jorku. Na pewno poradziłby sobie, gdyż biegle władał angielskim, niemieckim, rosyjskim, francuskim, czego dawał wyraz wygłaszając swe referaty na konferencjach międzynarodowych. Za każdym razem odmawiał jednak, uważając, że miejscem jego - jako Polaka - ma być Ziemia Wileńska.
Aż stało się. 15 września 1943 roku na mocy wyroku sądu specjalnego AK w Wilnie został zastrzelony niejaki Marijonas Padaba - inspektor policji litewskiej, konfident gestapo, odpowiedzialny za śmierć wielu młodych polskich konspiratorów. Wydarzenie to zostało wykorzystane jako pretekst do akcji odwetowej przeciwko inteligencji polskiej w Wilnie. W nocy z 16 na 17 września litewska Sauguma aresztowała 100 osób jako zakładników, a w tej liczbie również Kazimierza Pelczara.
W kilka godzin po ujęciu dziesięciu aresztowanych w pośpiechu zabrano z więzienia gestapo przy ul. Ofiarnej i rozstrzelano w Ponarach. Na interwencję żony z Berlina natychmiast uzyskano potwierdzenie zwolnienia profesora. Niestety, egzekucja odbyła się parę godzin wcześniej. Zginął z rąk Litwinów jako Polak, chociaż jego naukowe osiągnięcia i kompetencje medyczne w równym stopniu potrzebne były ludziom wszystkich narodowości.
Non omnis moriar
Przez długie lata nazwisko tego, którzy tworzył zręby onkologii litewskiej, spowite było zmową milczenia. Dzięki wysiłkowi pracującej w Instytucie Onkologii Uniwersytetu Wileńskiego Krystyny Rotkiewicz milczenie to zostało przerwane jesienią ubiegłego roku, kiedy to upamiętniono 60. rocznicę mordu prof. Kazimierza Pelczara w Lesie Ponarskim. Towarzyszyła temu konferencja naukowa oraz odsłonięcie pamiątkowej tablicy na budynku przy ul. Połockiej 6, której dokonały dzieci profesora Maria i Wojciech Pelczarowie.
Tegoroczna 110. rocznica urodzin też nie uszła (znówże dzięki niestrudzonej Krystynie Rotkiewicz) zapomnieniu. Przywołano ją poprzez konferencję naukową, jaka 5 listopada odbyła się w murach wydziału medycznego Uniwersytetu Wileńskiego, odwiedzenie Ponar, Mszę św., celebrowaną w kościele św. Janów w Wilnie. Rocznicę tę upamiętniła też wystawa poświęcona prof. Kazimierzowi Pelczarowi w bibliotece uniwersyteckiej oraz okazyjny medal wybity specjalnie na tę uroczystość. Został on wręczony m. in. obecnym na sali dzieciom Pelczara - córce Marii i synowi Wojciechowi, przybyłym po raz kolejny do Wilna, by uczcić pamięć o ich sławnym rodzicu.
Konferencja, którą swą obecnością zaszczycili m. in. konsul generalny RP w Wilnie Stanisław Cygnarowski, profesor onkologii Laima Griciute, kierownik katedry patologii wydziału medycznego Uniwersytetu Wileńskiego prof. Rimgaudas Kazakeviczius, poseł na Sejm RL Kazys Bobelis i eksposeł Medard Czobot, stanowiła doskonałą okazję, by ponownie przywołać świetlaną postać tego wybitnego uczonego i patrioty oraz jego dorobku, o którym inny profesor Stanisław Lorentz w "Album Wileńskim" napisał, że tego, czego dokonał ten niezwykły człowiek w ciągu lat 49, starczyłoby na życie kilku osób.
Henryk Mażul
Na zdjęciu: Maria i Wojciech Pelczarowie w towarzystwie prof. Laimy Griciute,
Rimgaudasa Kazakevičiusa oraz Krystyny Rotkiewicz przy przywiezionym portrecie K. Pelczara
Fot. autor