Konkurs z okazji 80-lecia Seminarium Nauczycielskiego w Trokach

Trockie życiopisanie

Trudne były losy słowa polskiego. Zawsze prześladowane, zabraniane przez tych, kto dokonał rozbioru Państwa Polskiego. Trzeba przetrwać i nie zginąć! Słowo polskie zeszło do podziemia. Tajne nauczanie języka polskiego za cara było prześladowane. Wielu entuzjastów krzewienia mowy polskiej zesłano na Syberię. Podczas wojen nauczyciele "tajnych kompletów" byli niemiłosiernie karani.

Gdy zaświeciła pierwsza gwiazda wolności - Niepodległość, słowo polskie opuściło podziemie. Ponieważ trzeba je było krzewić wśród polskich dzieci, Państwo Polskie zatroszczyło się o to, aby nie było podpisujących się krzyżykami: niemal w każdej wsi budowano szkoły. Dzieci i młodzież poznają niezakłamaną historię swego narodu, nauczą się mowy książkowej i będą poznawać świat. Aby to stało się rzeczywistością, potrzebni są niosący oświaty kaganiec. Państwo pomyślało i o tym - organizuje seminaria nauczycielskie, a do pracy w nich angażuje pełną zapału młodzież. Dla założenia seminarium w Trokach zostaje skierowana wszechstronnie wykształcona, energiczna, inteligentna nauczycielka Julia Rutkowska.

O tym, jak przebiegała organizacja Państwowego Seminarium Nauczycielskiego w Trokach i praca w przygotowaniu przyszłych nauczycieli, można przeczytać wspomnienia Magdaleny Łysakowskiej i Klary Zakrzewskiej "Dzieje Państwowego Seminarium Nauczycielskiego w Trokach 1924-1937" w "Tygodniku Wileńszczyzny"-"Rocie" nr 271; 272; 273 i w "Przemówieniu Julii Rutkowskiej na zjeździe byłych wychowanków seminarium nauczycielskiego w Trokach w dn. 3 września 1979" ("Rota", nr 274). Część materiału można też znaleźć w archiwum Rejonowej Publicznej Biblioteki w Trokach. Już nawet z powyższego wynika, że uczelnia ta przygotowywała ludzi inteligentnych, którzy zostawiając wspomnienia o uczelni dowiedli, że są dumni z niej. Czego nie można powiedzieć o wychowankach po II wojnie światowej. Dowodem tego - brak wspomnień.

Nie posiadam danych statystycznych, archiwalnych, dokumentalnych o seminarium, stąd wspomnienia moje będą wyłącznie o mnie samej, o koleżankach i kolegach z kursu.

II wojna światowa również w dziedzinie oświaty zniszczyła cały przedwojenny dorobek. Nauczyciele aresztowani, wywiezieni. Szkoły zburzone. Słowo polskie ponownie zostało zepchnięte do podziemia i trwało w "tajnych kompletach".

Rok 1944. Front się oddalił na Zachód, a u nas dał znać o sobie prześwit wolności - nowej wolności. Idziemy do szkół. Uczymy się bez przeszkód w mowie ojczystej. Ministerstwo oświaty ZSRR oświadczyło, że dzieci mają być wychowywane w duchu komunistycznym, czyli trzeba kształtować nowego człowieka - obywatela ZSRR. Część z niewielu pozostałych nauczycieli z takim postanowieniem nie godzi się i wyjeżdża do Polski, przez co zostaliśmy jeszcze bardziej ubożsi w inteligencję. Któż pracuje w polskich szkołach? Ten, kto zna polskie litery (szczególnie na wsi): listonosze, żony aptekarzy, nianie itp.

Pod koniec lat 40. powiało nową zgrozą: polskie szkoły przekształcono w litewskie i rosyjskie. Wielce oddani patrioci polscy nie zważając na konsekwencje, jakie mogą nastąpić w ich życiu, dostarczają jadącemu do Moskwy Bierutowi list pełen zatroskania o stan polskiej oświaty na Litwie.

Stało się. Znów odżyło słowo polskie. Ale kto ma je krzewić? W tym celu w roku 1947 przy seminarium litewskim w Trokach otwarta została grupa polska, która w roku 1951 była pierwszą promocją powojenną nauczycieli klas początkowych z polskim językiem wykładowym.

Mając za sobą trudne dzieciństwo ciągle marzyłam zostać nauczycielką. Nawet bawiąc się w "szkołę", zawsze musiałam być nauczycielką, nie tą wszak, co to kreśli czerwonym ołówkiem, a tą, co dużo opowiada, recytuje. Chciało mi się nauczyć dzieci patrzeć i widzieć świat. Ze swymi marzeniami o nauczycielstwie pracowałam jednak na Centralnym Telegrafie w Wilnie. Aż pewnego razu brat technik-łącznościowiec przynosi mi wiadomość, że w Trokach przyjmuje się młodzież na kurs z polskim językiem wykładowym. Jutro ostatni termin przyjmowania dokumentów. Ukończyłam zmianę na telegrafie, władowałem do torby okrajec chleba, kilka pomidorów, i ze skromnym groszem w kieszeni puściłam się w drogę.

- Gdy przybędziesz do Trok, będzie późno. Zapytaj o Jutkiewiczów. To bardzo zacna karaimska rodzina. Dadzą ci nocleg. Pan Jutkiewicz przyjaciel naszego ojca... - tłumaczył mi brat, a ja myślą szybowałam w obłokach.

W parę godzin po tym wysiadłam z pociągu w Landwarowie. Arbony kursowały przeważnie z rana. Szarzało, żadnej nadziei na przypadkowy samochód.

- Niech panienka spyta, może ta wywrotka na Troki? Więcej okazji na pewno nie będzie.

Podbiegłam: "Państwo na Troki? Może i mnie weźmiecie?"

- A tak, na Troki. Chętnie weźmiemy. Czemu nie. Może zaślubiny odegramy w drodze. Chi-chi, cha-cha - zachłysnęli się od śmiechu mężczyźni w szoferce, z której zalatywał zapach kiełbasy i alkoholu. - O, u nas pan młody na sto dwa i znów śmiech. No, właź, jeśli chcesz jechać. Wywrotka była olbrzymia. Ledwo się wdrapałam na nią. Przykucnęłam przy szoferce kurczowo czepiając się jej brzegu. Po drugiej stronie leżał kawał brezentu. Wywrotka ruszyła i nie było czasu na rozglądanie się. W szoferce nie ustawał śmiech. 9-kilometrowy bruk z Landwarowa do Trok był powybijany przez wojskowe samochody. Wywrotkę mocno podrzucało w górę. Trzeba było zapamiętale trzymać się, by nie wypaść. Brezent podskakiwał i ze stukiem opadał na podłogę. Nie odwracałam się, koncentrując uwagę na bezpieczeństwie.

Samochód stanął - Troki. Rogatka. "Czy dalej ci trzeba?".

- Nie, tu wysiądę. Gdy gramoliłam się z tej ogromnej machiny, przypadkowo wzrok padł na brezent. O rety, spod niego wystawała ręka w czarnej skórzanej rękawicy. Śmiech nie ustawał: "Jak tam pan młody, niedokuczliwy był". Widząc, że nie orientuję się, rzekł prosto z mostu: "Co, tak i nie pojęłaś, że jechałaś z wisielcem?

Idąc przez Troki odmówiłam za niego "Anioł Pański" i wcale się tym nie przejęłam. Jak to dobrze, że czasem Pan Bóg zaćmiewa orientację. Tylko ta czarna ręka, która wydała mi się w rękawicy, prześladowała mię przez dłuższy czas.

Gdy zbliżyłam się do kościoła, ściemniało. "A nie będę szukać tych Jutkiewiczów i zawracać im głowę". Weszłam przez otwartą furtkę na cmentarz kościelny, by poczuć sie bezpieczną. Sam kościół wydał mi ogromem na tle ciemniejącego nieba, a ja przy nim jak mała kruszyna. Jakoś powiało chłodem. Po pacierzu odmówionym pod drzwiami kościoła, wyszłam na skwer, gdzie stały ławeczki, a gdzie dziś mieści się sklep spożywczy. Owinęłam się w płaszcz i goniąc myślami w dal, przedrzemałam noc sierpniową. Przede mną pluskało i falowało jezioro, ale jego uroku nie odczułam.

- Seminarium? A to proszę, tu zaraz. Przy ulicy Kudirkos. W dół do jeziora i ma panienka wszystko jak na dłoni.

Rzeczywiście, niebawem przede mną wyłoniły się budynki seminarium. Długi, parterowy, a nieopodal dumnie wznosił się piętrowy. Wysokie drzewa nad jeziorem odgradzały go od wód. "W tym właśnie budynku będziemy sie uczyć" - wyjaśniały koleżanki, które wcześniej przyjechały i już się rozejrzały. Dokumenty zostały przyjęte. Trzeba dobrze złożyć egzaminy. "Egzaminy to nic. Jakoś się złoży. Najważniejsze przejść "komisję mandatową". Ona wszystko waży: przyjąć - nie przyjąć. To niby taka pogadanka, a dowiadują się w niej o tobie, co chcą. No, i trzeba będzie na niej dać słowo, że wstąpisz do komsomołu, jeśli chcesz być przyjętą".

Już od pierwszego spotkania coś nas złączyło z Janką Basłykówną. Trzymałyśmy się razem. Siedziałyśmy później w jednej ławce. Zawiązała się przyjaźń.

Z polskim językiem wykładowym zorganizowano dwie grupy, czyli dwa kursy A i B. Kurs IA to same dziewczęta - troczanki i z okolic. Kurs IB mieszany: dziewczęta i chłopcy, którzy przyjechali z różnych okolic Wileńszczyzny, chociaż kilku było z Trok. Kurs C - to kurs z rosyjskim językiem wykładowym. Litewskiego kursu na ten rok nie nabierano.

Podaję nazwiska kursu IB tak, jak siedzieliśmy w ławkach:

Makarewicz Janina - Zacharzewska Irena
Nowosielska Barbara - Basłyk Janina
Perwenis Michalina - Smyk Janina
Kozłowska Barbara - Urbanowicz Danuta
Mordas Apolonia - Zającówna Halina
Smyk Maria - Miłosz Pelagia
Lewicka Wanda - Uczkoronis Maria
Rawiński Stefan - Rawiński Józef
Ajewski Benedykt - Soroka Janusz
Kudrewicz Witold - Sienkiewicz Józef
Jakszto Franciszek - Jurewicz Franciszek (W)
Songin Zygmunt (W) - Kodis Stanisław
Dziedziulo Zenon - Czerniawski Eugeniusz
Ingielewicz Józef - Akanowicz Stanisław
Wierszelis Mieczysław

Jeśli w latach 1924-1937 młodzież do seminarium nauczycielskiego napływała z inteligentnych i patriotycznych rodzin - córy legionistów, to my po II wojnie światowej przyjechaliśmy do seminarium poniekąd od gospodarstwa: od świń, krów itp. Wypadało więc długo i mozolnie nas krzesać, aby coś osiągnąć. Owszem, były jednostki takie, co to mogły poszczycić się wychowaniem domowym, tylko coś ich zawsze krępowało. Podam chociażby jeden przykład. Przybył do seminarium syn zubożałej szlachty z Jurgielan Franek Jurewicz. Wysoki przystojny chłopiec, oczytany, i "rozmowa jego pańska, bo to szlachta jurgielańska". Gdy po latach poznałam jego matkę, osłupiałam ze zdumienia: zarecytowała mi z pamięci całego "Wiesława" Kazimierza Brodzińskiego.

"Jednak niezupełnie wyjałowiała nasza ziemia na inteligencję" - myślałam wtedy.

Dziewczęcy internat mieścił się w domu, który przywieziony został od Połuknia. Mieszkałyśmy po 3, 4, 5 w pokoju. Robiono konkursy. Czyj pokój najbardziej uporządkowany? W internacie mieszkały dzieci z Domu Dziecka. Miały wszystko, co niezbędne do życia, a stypendium dla nich - to były kieszonkowe na kino i łakocie. Stołowały się w jadłodajni. My, szeregowi, wydawaliśmy tymczasem stypendium na chleb, po który trzeba było wstawać o godzinie 5, by odstawszy w kolejce otrzymać foremkowy bochenek, wewnątrz mokry i kaszowaty. W jadłodajni zawsze była gorąca kawa zbożowa bez cukru. Często chodziliśmy na zupy do stołówki inwalidów "Rodina". Było tam taniej.

Zajęcia na uczelni były chłonne i wymagały wiele czasu. Uczono nas, jak prowadzić lekcje wedle ściśle określonych kanonów: moment organizacyjny; sprawdzenie pracy domowej; pogadanka, nawiązująca do nowego tematu; podanie nowego tematu; utrwalenie wiadomości; organizacja pracy domowej; zakończenie lekcji. Ta forma lekcji trwała bardzo długo. Ale, jak zawsze i wszędzie, przychodzą zmiany, tu też nastąpiły. Lekcja stała się wolną produkcją nauczyciela. Można było przestawiać punkty, rozszerzać lub zwężać, dyskutować... Kto co woli, aby tylko cel był osiągnięty.

Mimo krocia zajęć poza lekcjami (muzyka, chór, repetycje), były też chwile na wypoczynek - filmy dokumentalne, odczyty, dyskusje. Kurs "B" zagrał w dwóch obrazkach: "Maryte mergyte" i scenka z dramatu Michałkowa "Chcę do domu". Osobiście wcieliłam się w rolę Frau Vurst - Niemki, która przywłaszczyła rosyjskie dziecko i chciała je zniemczyć. Ale partia, komsomoł i żołnierze Armii Czerwonej odebrały dziewczynkę, choć Frau Vurst stawiała nie lada opór. Za odegranie tej woli byłam nagrodzona dyplomem. Zatańczyliśmy "trojaczka", "sadute", a także taniec trockich marynarzy. Na spódnice do "trojaczka" wykorzystałyśmy pasiaki. Wszystko zawdzięczamy wychowawczyni Marii Piotrowicz, która nauczyła nas z niczego zrobić coś.

Były i bardzo przykre wydarzenia. Utonął chłopak. Wszyscy biegli z górki koło internatu, dawali nura i wypływali daleko od brzegu. A chłopak ten szedł powoli, wchodził powoli do wody, zanurzył się i przepadł pod wodą. Była godzina 14. Szukano go do wieczora. Oświetlono jezioro i szukano całą noc, a nazajutrz o 14 wyciagnięto go hakiem ze środka jeziora. Matka miała dwóch synów i takie pokładała nań nadzieje! Chciała pochować z księdzem, ale wtedy nie otrzymałaby materialnej pomocy nawet na pochówek. Grób stał w sali sportowej, a w kościele w miejscowości, skąd pochodził, odprawiono mszę.

Najbardziej historycznym wydarzeniem, które na zawsze zostało w pamięci - to śmierć Stalina. Mieszkałam z czterema Litwinkami ze starszych kursów. Rano budzi nas niezwykły harmider: pisk, płacz, szloch, wycie i stuk. Wybiegłyśmy na korytarz, a tam Rosjanki dosłownie rwały włosy z głowy i biły do krwi i guzów głowami o ściany: "Nasz wódz, nasz nauczyciel, nasz ojciec nie żyje. Jak nam teraz bez niego?" Wywołani nauczyciele z trudem uspokajali ten szał. A my nie mówiłyśmy ni słowa. Milczenie, przerażenie i powaga. Bóg tylko wie, o co można posądzić każde słowo i jakie mogły być skutki.

Można by dużo mówić o Trokach, o seminarium, o wycieczkach, o sporcie. Zostawiam to innym, bo jestem wykończona chorobą. Kończę strofami dziękczynnymi tym, którzy przyczynili się do organizacji Seminarium Nauczycielskiego w Trokach i tym, którzy pracowali w nim, przede wszystkim Tej, co ich do tego natchnęła.

Dzięki Ci, dzięki, Matuchno Trocka,
Że nam przed laty cud uczyniłaś -
Pod swą opieką, ze swoją troską
Ważną uczelnię w Trokach odkryłaś.

Przez tę uczelnię uczyłaś kochać
Tych, komu dobroć dotąd nieznana,
Grzesznych wykroczeń stale unikać,
Sumienie czyste mieć od zarania.

Gdzież, jak nie w kraju czarownych baśni,
Serca umysły można szlifować,
Płomyk dobroci nigdy nie zgaśnie
U tych, kto umie miłość darować.

Barbara Nowosielska-Sidorowicz
Na zdjęciach: z dyrektorem Lazauskasem;
dziewczęcy internat;
autorka wspomnień przy internacie

Fot. z archiwum autorki

<<<Wstecz